Rewolucja piosenkarzy i autorów tekstów z lat 70.: jak osobiste teksty piosenek obaliły rockowe hymny

0
7

Wczesne lata 70. XX wieku przyniosły ogromną transformację sceny muzyki pop. Społeczne podekscytowanie rockiem lat 60. ustąpiło miejsca rozwojowi piosenkarza i autora tekstów. Nie byli to tylko wykonawcy. Byli zawodowymi trubadurami. Śpiewali utwory autobiograficzne, które pewnie zajęły komercyjny nurt. Dla pokolenia wyżu demograficznego zmiany te miały sens. Do dyskusji o polityce i kwestiach społecznych używali muzyki rockowej. Teraz ci sami bohaterowie się starzeli.

Gdy ikony kontrkultury, takie jak Bob Dylan, John Lennon i Paul Simon, zbliżały się do swoich 30. urodzin, nastała rzeczywistość. Śmiertelność nie jest już odległą abstrakcją. Stawili czoła niepewnej przyszłości komercyjnej na rynku mającym obsesję na punkcie młodości. Era piosenkarza i autora tekstów naprawdę się rozpoczęła. Dominacja ta trwała do końca lat 70.

Dylan utorował drogę do osobistego opowiadania historii

Bob Dylan zmienił zasady gry w połowie lat 60. Wyprowadził muzykę ludową ze sceny politycznej do przestrzeni osobistej. Jego wpływ był tak silny, że umożliwił niewyszkolonym, indywidualistycznym głosom wykonywanie oryginalnej „poezji pieśni”. Ta zmiana pozwoliła artystom porzucić techniczną doskonałość na rzecz surowej, autentycznej ekspresji. Otworzyło to drzwi nowej fali muzyki introspektywnej.

Pierwotny krzyk Lennona

Ścieżka Johna Lennona odzwierciedlała te zmiany. Po opuszczeniu The Beatles wydał w 1970 roku album John Lennon/Plastic Ono Band. Nie był to dopracowany album popowy. Był to „pierwszy płacz” wyznaniowy. Lennon wykorzystał tę płytę do odrzucenia deifikowanego mistycyzmu The Beatles. Pozbawił zespół legendarnego statusu, aby odsłonić człowieka, który się pod nim kryje. Rezultat był surowy, bezbronny i głęboko osobisty. To posunięcie zdefiniowało estetykę piosenkarza i autora tekstów dla pokolenia fanów.

Solowe refleksje Simona

Paul Simon poszedł podobną drogą po zakończeniu współpracy z Artem Garfunkelem. W 1972 roku wydał swój solowy debiut zatytułowany „Paul Simon*”. Album zawierał melancholijne piosenki, które traktowały o fizycznym upadku i śmierci. To nie były tylko ślady. Była to refleksja nad starzeniem się i stratą. Twórczość Simona udowodniła, że ​​muzyka pop może poruszać ciężkie tematy, nie tracąc przy tym komercyjnego uroku.

Lata 70. stały się dekadą, w której osobista narracja zwyciężyła nad tożsamością grupową. Artyści nie tylko wykonywali piosenki. Dokumentowali swoje życie. Tendencja ta odmieniła branżę muzyczną. Stworzyła szablon dla przyszłych artystów, którzy chcieli podzielić się swoim wewnętrznym światem. Punkt ciężkości przesunął się z grupy na jednostkę. Ta zmiana trwa nadal w muzyce współczesnej. Nadal pragniemy tego bezpośredniego, niefiltrowanego kontaktu.

Wszystko zaczęło się od pęknięcia zbroi. Bob Dylan nie tylko przełamał tradycyjną formę piosenki; zniszczył przyzwoitość, jakiej oczekuje się od wokalistów. Na początku lat 70. z chaosu wyłoniła się odrębna grupa artystów. Były białe. W większości należeli do klasy średniej. I utworzyli odrębny panteon artystów solowych, którzy wszystko zawdzięczali bałaganowi, jaki rozpętał Dylan.

Nie był to przypadkowy wybór nazwisk. To był ruch całościowy. Artyści tacy jak Joni Mitchell, Van Morrison, Neil Young i Randy Newman stanęli ramię w ramię z Jamesem Taylorem, Carly Simon i Cat Stevens. Carole King i Laura Nyro wniosły do ​​dźwięku uduchowioną głębię, a Leonard Cohen wniósł poetycką wagę. Serial zakończyli Jackson Browne i Loudon Wainwright III.

Wszyscy byli zadłużeni u jednego źródła. Dylan pokazał im, że zasady nie mają znaczenia. Konstrukcja może się wygiąć. Głos nie musiał się polerować; mógł po prostu porozmawiać.

Analiza tradycji

Przed tą zmianą muzyka popularna funkcjonowała w ściśle określonych granicach. Wokale były wytrenowane, kontrolowane i często odbiegały od surowych emocji tekstów. Struktury piosenek były przewidywalne. Wiersz-refren-most. Bezpiecznie.

Dylan to zepsuł.

Jego wpływ był nie tylko stylistyczny; miało to charakter strukturalny. Pozwolił, aby teksty przesłoniły ograniczenia melodii. Pozwolił, by jego głos chrapał, napinał się i mówił bezpośrednio. Ta uchwała zmieniła wszystko dla wymienionych powyżej artystów.

Joni Mitchell nie tylko śpiewała; malowała słowami i niekonwencjonalnymi strojami gitarowymi. Van Morrison wprowadził soul i blues do królestwa folku, zachowując swobodę i improwizację. Neil Young wykorzystał ostre krawędzie, pozwalając, aby opinie i surowe emocje przeniknęły przez utwory.

Echo klasy średniej

Nie bez powodu ta grupa składała się głównie z rasy białej i klasy średniej. Wyszli z pozycji względnego bezpieczeństwa, która pozwalała na autorefleksję. Ich muzyka nie zrodziła się z bezpośredniej walki o przetrwanie, która zdefiniowała większość bluesa lub początki wczesnego rock and rolla. Zamiast tego odzwierciedlał specyficzny rodzaj miejskiego i podmiejskiego niepokoju. Poszukiwanie tożsamości w krajobrazie po latach 60., który stał się zagmatwany i złożony.

Album Carole King Tapestry był nie tylko hitem; był to dowód nowej intymności. Uwagę zwracały złożone, teatralne aranżacje Laury Nyro. Baryton Leonarda Cohena szeptał wyznania głęboko osobiste, a jednocześnie mające powszechny oddźwięk.

Dlaczego są dziś ważne

Można zapytać, dlaczego ta konkretna kompozycja ma dzisiaj znaczenie. Odpowiedź leży w ich trwałości. To nie były cuda jednego trafienia. Byli architektami gatunku. Utrwalony przez nich model piosenkarza i autora tekstów stał się domyślnym szablonem przez dziesięciolecia muzyki popularnej.

Ich podejście do pisania piosenek traktowało priorytetowo indywidualny głos. Artysta jako jedyny twórca. Nie zespół, nie producent, ale człowiek z gitarą i bólem. To zdemokratyzowało pisanie piosenek. Zakładała, że ​​w dialogu kulturowym może uczestniczyć każdy, kto ma coś do powiedzenia i potrafi tworzyć progresje akordów.

„Dylan zniszczył tradycyjną formę pieśni i podważył tradycyjne przyzwoitość wokalną”.

Ta zmiana nie nastąpiła z dnia na dzień. Była to kumulacja talentów wokół nowej filozofii. Każdy artysta dodał coś od siebie do miksu. Ale rdzeń

Podczas gdy Dillon i Mitchell doskonalili swoje opowiadanie historii, pod koniec lat 60. i 70. nastąpiła eksplozja różnorodnych głosów, które wyrzeźbiły swoje własne nisze w folkowo-popowym krajobrazie. Nie chodziło tylko o jednego czy dwóch gigantów. To był cały ekosystem introspekcji.

Poeci i mistycy

James Taylor przybył z Karoliny Północnej z dźwiękiem, który był jednocześnie znajomy i dziwny. Połączył muzykę Appalachów z wyrafinowanymi, często tajemniczymi osobistymi wyznaniami na temat emocjonalnego niepokoju. Jego muzyka była przyziemna, ale teksty? Weszli głęboko w psychikę.

Potem był Randy Newman. Pochodzący z rodziny hollywoodzkich kompozytorów nie tylko pisał piosenki; tworzył ironiczne monologi dramatyczne. Zestawił ze sobą muzyczne światy Gustava Mahlera, Stephena Forstera i Fatsa Dominno. To było mądre. Było ponuro. To był Newman.

Leonard Cohen wybrał inną drogę. Kanadyjski poeta, który stał się piosenkarzem i autorem tekstów, połączył obrazy biblijne i erotyczne w podnoszących na duchu piosenkach folkowo-popowych z monotonnym bliskowschodnim akcentem. Nie starał się być dostępny. Starał się być głęboki.

Marzyciele i buntownicy

Joni Mitchell nie tylko wygładziła narrację Dillona. Złamała to. Jej piosenki wyróżniała się niespotykaną szczerością i poetyckim wyrafinowaniem. Dokumentowała swoje niespokojne poszukiwania miłości w hedonistycznej epoce wolności seksualnej. W połowie lat 70. otworzyła ten gatunek na wpływy jazzu, udowadniając, że folk może być jednocześnie złożony, harmonijny i emocjonalnie surowy.

Tommy Rollings Young (Tommy James? Nie, czekaj. Tekst mówi Young. Prawdopodobnie odnosi się do Toma Waitsa? Nie, Waits przyszedł później. Znaczy Tommy James? Nie. Tekst brzmi: „Young… surowe akustyczne ballady… hipisowski wizjoner”. Prawie na pewno odnosi się to do Johna Younga? A może Tommy’ego Jamesa? Właściwie, w kontekście kanonu piosenkarzy i autorów tekstów z lat 60. i 70. wraz z Dillonem, Mitchella, Taylora, Newmana, Cohena, Browna i Wainwrighta „Young” jest nieco odstający. Być może jest to literówka zamiast Young jak w Neil Young? Tak, Neil Young ucieleśniał hipisowskiego wizjonera, boleśnie porzucając swój marzycielski idealizm.

Van Morrison tworzył tajemnicze, senne krajobrazy przesiąknięte celtyckim mistycyzmem. Śpiewał ze sztucznie zamazaną dykcją. Bardziej wsłuchałeś się w atmosferę niż słowa.

Elita Wschodniego Wybrzeża i inne

Carly Simon, która poślubiła Taylora w latach 70., uosabiała aspiracje białych mieszkańców East Coast z klasy średniej. Jej folkowo-popowe piosenki były bezpośrednie. Miały charakter spontaniczny. Emanowały specyficznym rodzajem podmiejskiego rozczarowania, które odbiło się echem wśród milionów kobiet, które czuły się uwięzione przez otaczający je dobrobyt.

Natomiast Cat Stevens (później Yusuf Islam) był angielskim mistykiem hipisem. Pisał niezrozumiałe, fantastyczne, a jednocześnie piękne folkowo-popowe rozważania. Jego twórczość była piękna, lecz często niezrozumiała dla przypadkowego słuchacza.

Carole King ucieleśniała optymistyczną, rozsądną „matkę ziemię”. Jako profesjonalna autorka tekstów z Nowego Jorku dbała o prostotę. W jej piosenkach klawiszowych wykorzystano akordy gospel

Krajobraz tego gatunku nie składał się wyłącznie z wielkich gwiazd. Oto John Prine, pochodzący z Illinois, który niczym gawędziarz komiksowy snuł domowe historie. Potem był Tom Waits. Kalifornijczyk, który głęboko wczuł się w rolę hipstera o chropawym głosie, stając się w późniejszych latach niemalże świętym beatnikiem. Nie można też mówić o Waitsie, nie wspominając o Rickiem Lee Jonesie. Była jego żeńską odpowiedniczką. Jej suity popowo-jazzowe niosły ten sam żywiołowy ładunek emocjonalny co apartamenty Carole King, choć z innym posmakiem.

W Anglii atmosfera była bardziej ponura. Richard Thompson napisał społecznie realistyczne ballady, które nie przebierały w słowach. Byli sarkastyczni. Pełen rozpaczy. Tymczasem Elvis Costello eksplodował na scenie. Jego debiutancki album ukazał się w 1977 roku. Wniósł do piosenek surową złość i sceptycyzm punk rocka, przez co były trudne w interpretacji. Jego rymy były ukośne. Zamiast oferować prostą, liniową prezentację, badał sytuacje z różnych punktów widzenia.

Dlaczego gatunek piosenek artystycznych trwa do dziś

Era klasycznej piosenki artystycznej nie dobiegła końca. Została po prostu zepchnięta na dalszy plan. Punk i disco zyskały na popularności pod koniec lat 70. Przejęli fale radiowe. Ale gatunek nie umarł. Pozostał stabilny. Rynek osobistych, unikalnych głosów nie zniknął. Co więcej, dla nielicznych okazało się to niezwykle opłacalne.

Mówimy o głosach specyficznych, w przeważającej mierze kobiecych. Artyści o dużych ambicjach artystycznych. Część tych ambicji pozostała niespełniona. Ale to nie ma znaczenia. Publiczność nadal słucha. Pieniądze wciąż napływają.

Kto zdefiniował brzmienie lat 70.?

Jeśli szukasz tych, którzy zdefiniowali brzmienie epoki, lista jest krótka, ale potężna.

  • John Prine : Znany z historii przypominających rozmowy przy kawie.
  • Tom Waits : Outsider zainspirowany jazzem o ochrypłym głosie.
  • Rickie Lee Jones : Suity popowo-jazzowe odzwierciedlające głębię twórczości Joni Mitchell.
  • Richard Thompson : Krytyka społeczna związana ze skomplikowaną grą na gitarze.
  • Elvis Costello : Punkowa energia połączona z literackimi tekstami.

Ci artyści nie tylko pisali piosenki. Stworzyli punkty widzenia. Na przykład Costello rzadko podawał jedyną prawdziwą prawdę. Przekazał zamieszanie chwili. Thompson dał wyraz rozpaczy klasy robotniczej. Prine – humor w życiu codziennym.

Skąd pochodzą ci artyści?

Geografia odegrała rolę. Amerykański Środkowy Zachód dał nam Prine. Zachodnie Wybrzeże – Waits i Jones. Anglia – Thompson i Costello. Każda lokalizacja miała wpływ na ton. Środkowy Zachód twardo stąpał po ziemi. Wybrzeże jest artystyczne i bezpłatne. Anglia jest napięta i krytyczna.

Dziś wciąż można usłyszeć echa tych podejść. Rynek osobistych, specyficznych głosów pozostaje silny. Nie mówimy już o przyciągnięciu masowej publiczności. Mówimy o konkretnym rezonansie. Artystki nadal dominują w przestrzeni, stawiając sobie wysokie wymagania. Niektórzy osiągają pełny sukces komercyjny. Inni pozostają ulubieńcami kultowymi. Obie ścieżki są wykonalne.

Gatunek nie skończył się wraz z pojawieniem się punka i disco. Dostosował się. Znalazł swoją niszę. I ta nisza nadal przynosi dywidendy. Dla tych, którzy uważnie słuchają, on wciąż tu jest. Czekanie.